środa, 9 czerwca 2010

Dorset

Nadrabiając trochę relacje z naszych weekendowych wyjazdów czas nadszedł na wypad do Dorset. Jakiś miesiąc temu wyrwaliśmy się z miasta na dwa dzionki w tę właśnie okolicę, która obfituje w widoki nie z tej ziemi, miłych ludzi i kawałek historii rodziny Kulikowskich. Udało nam się spróbować wszystkiego, od kolei parowej, słynnego Durdle Door, nadmorskiego wiatru z deszczem, pełnego angielskiego śniadania w B&B, po byłą rezydencję dziadka Doroty w Corfe Castle. Wracaliśmy do domu w niedziele przez kolorowe, wiosenne pola pachnące kwiatami. Wracaliśmy powoli bo nie chcieliśmy wracać wcale.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Taka Karma jakie Misie

Mieliśmy wizytacje ze słonecznej Walii niedawno bo Pela i Jaro postanowili przyjechać do miasta na zakupy. Z pustymi rękoma nie przyjechali bo mieli w nich wielki kojec z kochaną Karmą w środku. Do tego jak już pojechali na te zakupy to zostawili pieska z Dorotą, która z tego powodu szczęśliwsza być nie mogła. Wieczorem nad rzeką założyliśmy nową religię a na drugi dzień poleżeliśmy na trawce zielonej, więc weekend był pracowity. Więcej takich poprosimy. Już niedługo widzimy się na dłużej w innych okolicznościach przyrody w tym samym składzie. Dzięki za wizytę Misiaczki.

środa, 2 czerwca 2010

SSSSSSyn Szamana

Wczoraj Dorota zabrała mnie na koncert Wovenhand. Nie spodziewałem się za wiele bo nie słuchałem ich z zasadzie wcale. Tym bardziej niesamowita była niespodzianka. Ale najpierw o suporcie bo pominąć tego nie mogę. Crippled Black Phoenix zabrzmiało ciężko, pełnie, fenomenalnie. Zespół w swojej wersji koncertowej ledwo pomieścił się na małej scenie Bush Hall ale widać tylu ludzi trzeba aby tak zagrać. Brzmienie, w którym można było usłyszeć nieco klawiszy Pink Floyd, wokali Smashing Pumpkins, gitar Toola i efektów Portishead swoją mocą wbijało w miękką wykładzinę. Nieczęsto zdarza się, że zespół rozgrzewający powinien grać pełny koncert. Tym razem tak właśnie było. Polecam. Jak już przerobili scenę wszedł na nią David Eugene Edwards razem z Wovenhand. To co usłyszeliśmy i zobaczyliśmy było zjawiskowe. Nie wiedziałem że istnieją jeszcze zespoły, które grają z takim sercem i teatralnością. Jakby rockowy szaman zmartwychwstał na te kilkadziesiąt minut na małej scenie w londyńskim klubie i porwał nas w jakiś indiańsko-rockowy trans. Gdyby na środku Sali zapłonęło wielkie ognisko, wszyscy tańczylibyśmy dookoła nucąc dawne melodie Apaczów. Myślę, że gdyby Jim Morrisom był ciągle z nami to właśnie tak bym go słyszał i widział. Charyzma i mistycyzm wydobywający się z lidera sprawiała, że przestawałem się bujać w rytm jego dźwięków, stałem tam pod sceną z otwartymi ustami i nie mogłem uwierzyć w to co widzę i słyszę. Wyszliśmy z tej szamańsko-rockowej uczty zmienieni na zawsze i nic już nie będzie takie jak było w moim małym muzycznym świecie. Widać są jeszcze prawdziwi, natchnieni ludzie. Rock nie umarł. Teraz nazywa się Wovenhand. SŁUCHAĆ GŁOŚNO !!!!!

Chrzest Patryka (nie mój)

Wróciliśmy do Brighton na zapowiedziane chrzciny. Było bardzo wesoło, jak to przy takich okazjach. Ksiądz był miły (ten sam co nas związał węzłem małżeńskim), pogoda nadmorska, pyszne jedzenie (brawo dziewczyny) i dobre towarzystwo. Wystarczyło czasu żeby spędzić dzień z Ciotką Doris, posiedzieć na plaży przy ognisku z piwkiem, poszukać muszelek. Przywieźliśmy sporo zdjęć bo Dorota też szalała ze swoim aparatem. Oto kilka naszych wspólnych wypocin.